wtorek, 17 kwietnia 2018

Moje pomalowane ożywieńce | My painted undead

To miał być nieco inny wpis. Miałem pokazać, jak dzięki dobrej zmianie... Eeee, no dobra, to nie TVPis.... Miałem po prostu pokazać pomalowaną część mojej kolekcji undeadów. Wymyśliłem to sobie tak, że wyciągnę wszystko z pudeł, ustawię na stole, zrobię parę zdjęć i będzie ok. Nie było.

Po pierwsze, stół który mam w domu okazał się za mały - powinien być dwa razy większy, żeby nie było tłoku. Po drugie - światło okazało się fatalne, ale w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia - posiałem gdzieś element mocujący aparat do dużego statywu i zdjęcia robiłem z ręki. W połączeniu ze słabiutkim światłem dostałem poprzesuwane, nieostre zdjęcia. I tyle.

Pokazuję tylko te, na których cokolwiek widać - sory za słabą jakość, brak ostrości, fatalne kolory. Może... MOŻE kiedyś, przy jakimś wolnym dniu, powtórzę całą akcję... Ale nie obiecuję, zajęło to kupę czasu:)

This was supposed to be a different note. I wanted to show my painted part of undead in all its glory. I wanted to take out all the boxes, put miniatures on the table, take a lot of pictures and publish them. Well, it seems that not everything went as planned.

First, my kitchen table is far too small. To comfortably show everything painted I need a table twice as big. Second - light in my kitchen sucks. Fortunately - and third - it doesn't matter, as I managed to lose a connector between my big tripod and a camera so the photos were taken without stabilisation. Adding to this poor light and yes - most of pictures were blurry and terrible.

So, I picked a very few which actually show something - sometimes a little blurried, with terrible colors on all of them, etc. Maybe... MAYBE one day I will make such a session again...












niedziela, 15 kwietnia 2018

Kryształowa Burza - bitwa w Dragon Rampant

Wczoraj udało nam się zagrać po raz kolejny w Dragon Rampant. Biorąc pod uwagę, jak rzadko udaje nam się poturlać kostki i poprzesuwać figurki na stole, była to okazja do świętowania. Ten wieczór wyróżniał się jeszcze z jednego powodu. Pierwszy raz dane nam było zagrać na macie bitewnej! Interesujemy się wargamingiem od dobrze ponad 20 lat, a wczoraj pierwszy raz udało nam się zagrać na stole przykrytym matą… Na sam stół też może przyjdzie czas.

Wczorajszy wieczór należał do jednak Dragon Rampant. Graliśmy na standardową wielkość armii, czyli 24 punkty. Ponownie, jak w naszej poprzedniej potyczce, starły się dwa oddziały nieumarłych. Mieliśmy długą przerwę od tej gry, możliwe więc, że nie wszystkie zasady zostały przez nas zastosowane poprawnie, o części mogliśmy nawet zapomnieć. Z pełną świadomością natomiast zrezygnowaliśmy z przestrzegania zasady zachowania odstępu pomiędzy oddziałami tej samej armii. W każdym razie było fajnie, a o to chodziło.

Inkub wiódł do walki nekromantę (leader – commanding trait, single model, heavy rider) z oddziałem kawalerii nieumarłych (light riders, fear), nieumarłych w zbrojach (heavy foot, fear), widm (bellicose foot, fear) i zombie (ravenous horde, fear).

Moja armia to shade (leader – charmed trait, elite foot, wizardling, fear) prowadzący grupę upiorów (elite foot, fear) i dwa oddziały nieumarłych wojowników (light foot, no feelings). Los zdecydował, że byłem atakującym.

Już na wstępie wytrąciłem Inkuba z równowagi pytając go, w jaki sposób nekromanta przyzwał i utrzymuje nieumarłych, skoro nie zna żadnych czarów. Inkub rezolutnie odpowiedział, że nekromanta robi to nieświadomie. Moim zdaniem oznaczało to tylko, że albo Nagash to cienias i powinien terminować u wodza Inkuba, albo takie dzikie umiejętności mogą być równie niebezpieczne dla Inkuba, jak dla moich dzielnych wojaków. Czas pokazał kto z nas miał rację.


Po tym moralnym zwycięstwie, wykazaniu wyższości mojego voodoo nad voodoo Inkuba i wpędzeniu przeciwnika w wątpliwości co do stanu zdrowia jego wodza, przystąpiliśmy do wyboru scenariusza. Ostatecznie los wskazał The crystal gale.

Ponieważ Inkub – nauczony przykrym doświadczeniem z poprzednich gier - uznał, że nie będzie wybierał questów, ja również, w duchu (w końcu graliśmy nieumarłymi) barona de Coubertin, zrezygnowałem z wyboru takowych.

Po rozstawieniu terenu – już mówiłem wczoraj Inkubowi, ale powtórzę i w relacji - super skałki Braciszku – jednostek i kryształów, których zebranie było celem gry, przystąpiliśmy do bitwy. W mojej pierwszej turze udało mi się szybko posunąć się w kierunku jednostek wroga, obierając za swój cel nekromantę, oddział kawalerii, a w dalszej kolejności oddział szkieletów w pancerzach. Krótko mówiąc, chciałem w sposób zdecydowany rozstrzygnąć potyczkę w centrum. Zombie, stojące na mojej lewej flance, w ogóle się nie przejmowałem, oddział widm umieszczony był daleko na mojej prawej flance. Uznałem wówczas, że za daleko, by stwarzać jakiekolwiek zagrożenie. Po mojej aktywacji udało mi się w sumie zebrać trzy (z ogółem dziesięciu) kryształy.



W turze aktywacji Inkuba potwierdziło się, że jego nekromanta niespecjalnie nadawał się na dowódcę. Czy to z powodu zaskoczenia szybkim posuwaniem się moich oddziałów, a zwłaszcza upiorów w jego kierunku, czy też z powodu wrodzonej lotności umysłu, dość powiedzieć, że żaden z jego oddziałów nie wykonał akcji.



Wykorzystując uzyskaną inicjatywę, szybkim marszem moje oddziały kontynuowały posuwanie się w kierunku centrum linii mojego przeciwnika, zajmując tym samym centrum pola walki. Tymczasem shade obrał za cel jednostkę kawalerii Inkuba i w czarnej mowie rozpoczął skomplikowaną inkantację zaklęcia, które ich miało zamienić w pył. Popełniłem w tym momencie błąd – zapytałem brata, czy ma jakieś preferencje dotyczące środka rażenia - dałem mu do wyboru, kulą ognia, błyskawicę lub obłok trującego gazu. Sprytnie odpowiedział, że wybiera truciznę. Dopiero po zakończeniu zaklęcia uświadomiłem sobie, że pozbawionym płuc szkieletom trucizna nie może zaszkodzić. Trudno, było już za późno, by zmieniać zaklęcie, obłok trującego gazu otoczył kawalerzystów, którzy oczywiście wyszli z tej przygody bez szwanku (w rzeczywistości czar spalił na panewce, shade był bardzo, bardzo marnym czarownikiem - przyp. Inkub).


Pokrzepiony tym widokiem nekromanta, niewątpliwie przypisując ten stan rzeczy swojej znajomości magii śmierci, wykrzyczał chrapliwym głosem rozkazy i jego oddziały powoli ruszyły na spotkanie moich wojowników. Inkubowi, o ile pamiętam, udało się także zebrać w tym momencie trzy kryształy. Jego kawaleria znalazła się w pobliżu oddziału moich nieumarłych wojowników zabezpieczających moją prawą flankę.


Moi poddani niezwłocznie poszli do ataku, by po chwili wycofać się w celu przegrupowania. Pomimo gwałtowności starcia żaden z jego uczestników nie poniósł obrażeń, które wyeliminowałyby ich z dalszej walki. Niepowodzenie w starciu powetowałem sobie zgarniając upiorami czwarty kryształ, podczas gdy drugi oddział nieumarłych wojowników i shade kontynuowali marsz w kierunku wroga.


Po odepchnięciu oddziału wojowników przez kawalerię, nekromanta dostrzegł możliwość ataku na moje upiory. Wybuchła krótka, zażarta walka. W jej wyniku jeden z moich upiorów legł, ale nekromanta nie wytrzymał ataków pozostałej piątki i z dwoma obrażeniami wycofał się na z góry upatrzone pozycje.

Po tym pokazie sprawności bojowej nekromanty zacząłem składać elementy układanki. Z perspektywy czasu podejrzewam, że Inkub celowo wprowadził mnie w błąd twierdząc, że liderem jest nekromanta, podczas gdy w istocie musiał to być jakiś bezimienny Król Upiorów, tyle że jedynie ucharakteryzowany na nekromantę.

Bez chwili wytchnienia na upiory spadł atak kawalerzystów Inkuba, którzy również unicestwili jednego upiora, sami tracąc jednak dwóch członków oddziału. W tym czasie oddział zjaw mojego brata powoli posuwał się w kierunku kolejnego kryształu. Pozostałe oddziały Inkuba tkwiły w miejscu. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że mam do czynienia z Królem Upiorów, a nie nekromantą, który powinien lepiej kierować nieumarłymi.

Oddział wojowników, którzy chwilę wcześniej walczyli z kawalerią Inkuba, widząc straty upiorów, uznał za wskazane zewrzeć szeregi i sformował ścianę z włóczni. Kosztowna pomyłka w ocenie wrogiego dowódcy musiała zachwiać pewnością siebie mojego shade’a. Nie mogąc się należycie skoncentrować, nie udało mu się bowiem przywołać z powrotem żadnego z upiorów.


Wykorzystując chwilę nieuwagi mojego lidera, inicjatywa przeszła w szpony nekro… króla upiorów, który ponownie zaatakował oddział upiorów. Znowu jeden z nich rozwiał się w pył, reszta wycofała się przed tym dziwnym nekro…, tzn. przed upiornym królem wyglądającym jak nekromanta. 

Pozostałe jednostki Inkuba zbliżały się do miejsca, gdzie toczyła się walka, za wyjątkiem zjaw, które zabezpieczyły w tym czasie czwarty kryształ dla mojego oponenta.



Zacząłem z pewnym niepokojem obserwować wydarzenia rozgrywające się w centrum pola walki, gdzie moje upiory dostały tęgie lanie. Shade - tym razem władczym, pewnym głosem - wykrzyczał zaklęcie i jeden z upiorów drgnął, w jego pustych oczodołach znowu zalśnił zimny ogień kurhanu, powoli dźwignął się i razem z resztą oddziału ruszył do ataku na kawalerzystów. Tym razem jeźdźcy mojego brata zostali pokonani, tracąc trzech konnych. Z tyłu, za upiorami, powoli zbierał się drugi oddział nieumarłych wojowników, gotów do ich ewentualnego wsparcia.


Upiorny król przebrany za nekromantę dostrzegł niebezpieczeństwo przełamania centrum jego linii i po raz kolejny zaatakował moje upiory. Tym razem jednak jego atak zakończył się fiaskiem, ciężko ranny najpierw się wycofał, by już poza zasięgiem ostrzy upiorów obrzucić spojrzeniem pole walki, na którym musiał dostrzec coś niepokojącego albo wręcz przeciwnie uznał, że jego plan został zrealizowany i może się wycofać z pola walki. W tym momencie nie wierzyłem już za grosz Inkubowi, który pomstował na rzut kośćmi i rezultat wskazujący, że jego lider umknął z pola walki pociągając za sobą ostatniego kawalerzystę. Wygląda na to, że lepiej znałem tego nekromantę, tfu, tego upiornego króla niż Inkub. Ja po prostu wiedziałem, że to, co wygląda na ucieczkę, jest tylko kolejnym fortelem, który ma odciągnąć moją uwagę od rzeczy naprawdę ważnych. Zresztą może i jakiś wpływ na swoje oddziały ów król miał, jego ucieczka zachwiała bowiem pozostałymi na polu walki ożywieńcami wroga, które za wyjątkiem zombie stanęły zdezorientowane.


W kolejnych turach wydarzenia w centrum sprowadziły się do tego, że moje upiory rozprawiły się ze szkieletami Inkuba, a oddział zombie został w ciągu jednej walki dosłownie rozniesiony na strzępy przez moich nieumarłych wojowników, którzy unieszkodliwili za jednym zamachem jedenastu gnijących wrogów. Jednak o wiele ważniejsze rzeczy działy się w tym czasie na mojej prawej flance.


Tak lekceważony przeze mnie oddział zjaw, zdobył bowiem w tym czasie piąty kryształ. Rozpoczął się wyścig po ostatni, dziesiąty kryształ. Mój shade próbował potraktować zjawy kulą ognia, ale znaczna odległość i liczne skałki, za którymi te cwane duchy się kryły, spowodowały, że jedynym efektem zaklęcia było osmalenie rzeczonych skał. Krótko mówiąc, do decydującego starcia doszło pomiędzy zjawami Inkuba, a moimi wojownikami, tymi samymi, którzy na początku gry bez rezultatu walczyli z kawalerzystami przeciwnika. Na szczęście dla mnie w rezultacie dwóch rund walki zatryumfowali moi dzielni wojacy. Tym samym w ostatniej chwili wyrwali zjawom dziesiąty kryształ.

Gra skończyła się ostatecznie wynikiem 5 do 5, a więc remis!!!
Dzięki Bracie. To był miły wieczór.

Mormeg







czwartek, 12 kwietnia 2018

Zielonoskóry czerwononosy | Rednosed greenskin

Jeszcze jedna rzeźba Boba Olley'a wydana przez Citadel pod marką Iron Claw. Miniaturka ukazała się w 1988 r., po raz pierwszy pokazano ją w 104 numerze White Dwarfa - nie miała już swojego imienia, zamiast tego oznaczono ją po prostu numerem 2.


Rzeźby goblinów Olley'a są bardzo charakterystyczne, zrobił ich dla Citadel naprawdę dużo - może nie aż tyle co Kev Adams, ale chyba niewiele mniej. Jak wspomniałem, nie jestem specjalnym fanem rzeźb tego artysty, ale te gobliny coś w sobie mają - z całą pewnością są odpowiednio wykrzywione;)

One more sculpt by Bob Olley released by Citadel in Iron Claw range of miniatures. This one was available in 1988, it was shown in the White Dwarf issue 104 for the first time. It wasn't named and was labelled simply as no. 2.


Olley's goblins are very distinctive and he sculpted a lot of them for Citadel - maybe not that much as Kev Adams, but the number is still really high. As I already mentioned, I'm not the huge fan of Olley's style but I rather like his greenskings - they seem to be suitably wicked:)







wtorek, 10 kwietnia 2018

Kolejny normański konny | One more Norman knight


Wraz z prezentacją czwartego normańskiego rycerza można powiedzieć, że mam pomalowany jeden "biedapunkt" drużyny do Sagi. "Biedapunkt" bo za jeden punkt mogę kupić, co prawda, oddział przybocznych liczących czterech konnych, ale - jak wspomniałem wcześniej - plastiki Conquesta posłużą mi raczej do zrobienia oddziału wojowników, złożonego z ośmiu miles. Czyli w sumie pół punktu, ale jeden brzmi lepiej;)

Tak patrząc na zdjęcia dochodzę jeszcze do wniosku, że nad tarczą chyba spędzę jeszcze z pół godzinki. Wydawała mi się bardziej kontrastowa, ale jednak za dużo tu zbliżonych kolorów i czarnych krech udających uszkodzenia. Trzeba będzie je jeszcze trochę podrasować.



With showing this fourth Norman knight I may safely say that first "plastic point" of my Saga warband is finished. Well, "plastic point" as I can buy a unit of hearthguard for one point (unit of four men) but I think plastic Conquest figures will be used as warriors - eight warriors for one point. So, this is actually half a point, but full point, even plastic one, sounds better;)

Looking at the photos I think I will ge back to this shield again. I thought that this is good enough but it looks bad on the pictures. I will add some more contrast and will work more on damaged areas I think.









sobota, 7 kwietnia 2018

Trzeci normański miles | Third Norman miles

Trzecia figurka z oddziału konnych Normanów uzbrojonych w oszczepy, to będzie - najprawdopodobniej - oddział wojowników w kategoriach Sagi. Na przybocznych wybiorę zapewne metalowe figurki innej firmy. Mam na oku Footsore Miniatures i strasznie żałuję, że nie zajrzałem do ich siedziby przechodząc dosłownie dwa kroki obok.

Third miniature from the unit of Norman milites armed with spears. This unit will be, most likely, a warrior unit in Saga terminology. For my hearthguard I will choose metal miniatures released by other company most likely. I'm thinking about Footsore Miniatures - it is a pity that I didn't visit them while walking literally few meters from company's office in Nottingham few weeks ago.